Ridley Scott ostatnimi czasy trochę wg mnie dołował.  Facet odpowiedzialny za Obcego, Gladiatora czy Blade runnera dał nam ostatnio takie kasztany jak Robin Hood czy Prometeusz. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że gość wraca do formy. Bierze na warsztat (moim zdaniem – nie tak znów fantastyczny) bestseller i robi z niego lekkie kino s-f, o klasę lub dwie, lepsze od literackiego pierwowzoru.

     Kto nie czytał książki ten musi wiedzieć jedynie, że Mark Watney to astronauta, który w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności zostaje sam na Marsie i musi wymyślić: jak nie umrzeć z głodu, jak nie zwariować i jak dać znać, że żyje na ziemię. Cast away lub Robinson Crusoe w kosmosie. Proste jak drut. Fabuła książki oddana jest całkiem wiernie. Wszystkie cięcia spowodowane specyfiką kina są absolutnie uzasadnione i nie miałem poczucia, że coś ważnego pominięto. Co więcej, Scott moim skromnym zdaniem lepiej rozłożył akcenty dramatyczne i komediowe. Z jednej strony mamy naprawdę lekki film, bez dramaturgii Grawitacji i bez sztucznego, tandetnego nadęcia w Interstellar. Z drugiej – kiedy widz ma czuć, że jest źle – czuje, że jest źle. Na to narzekałem w przypadku powieści, Ridley wyważył to dużo, dużo lepiej. Dodatkowy plus za to, że pod koniec seansu jest epilog, którego zdecydowanie zabrakło w pierwowzorze.

m2

     Już przy Prometeuszu chwaliłem reżysera za audiowizualne doznania. Marsjanin na tym polu także wypada świetnie. Krajobrazy Marsa, wnętrza huba, łazik (ewidentnie zapożyczony z Prometeusza – czemu nie!) czy sceny w kosmosie – wszystko nakręcone efektownie i widowiskowo. Tu jednak wrzucam małym kamyczek do ogródka. Efekty specjalne mnie nie powaliły. Ba, nawet trochę raziły. Najwyraźniej większość 108-milionowego budżetu poszła na gaże gwiazdorskiej obsady. Mars sprawia wrażenie planety z grawitacją równą ziemskiej. Sceny w kosmosie nie umywają się do tych od konkurencji. Nawet kosmonauci w stanie nieważkości poruszali się tak sztucznie i niemrawo jak w produkcji z czasów dawno minionych w kinie. Nawet burza piaskowa na początku wyglądała słabo. Miałem silne poczucie, że to wszystko kręcono w greenboxie i potem pył i kamienie dołożono komputerowo. To jest czepialstwo, ale jednak na tle wymienionych wcześniej filmów – pod tym kątem niemal doskonałych (Grawitacja, Interstellar) –  to jest bolączka.

m1

     Pisałem o olbrzymiej kasie na gaże. Cóż, ciężko płacić grosze, jak się bierze nazwiska typu Damon, Chastain, Peña, Wiig, Daniels, Mara, Ejiofor czy Bean. Wszyscy wypadli świetnie. Uwagi mogę mieć tylko do dwóch osób, ale to raczej kwestia castingu. Po prostu do pierwowzoru i moich własnych wyobrażeń nie pasuje ani zbyt ckliwa Jessica Chastain jako komandor Lewis ani misiowaty Michael Peña jako as amerykańskich sił powietrznych. Z drugiej strony na osobne słowa zasługują Matt Damon i Jeff Daniels. Pierwszy, mimo moich obaw, jest rewelacyjnym Markiem Watney’em. Nie wyobrażam sobie, że można to było zagrać lepiej. Drugi niespodziewanie przysłonił swoją postacią wszystkich innych bohaterów NASA na ziemi. Chapeau bas.

m3

     Do kina szedłem z mieszanymi uczuciami. Bardzo chciałem, żeby się udało, ale bardzo bałem się albo filmu głupkowatego albo drugiego nadętego Interstellar. Ridley Scott po raz kolejny pokazał jednak, że zna się na rzeczy i odwalił tu kawał dobrej roboty. Marsjanin to emocjonujące kino s-f w starym, przygodowym stylu. Zdecydowanie polecam.

P.S. Niby seans się zaczyna, ciemno na sali, krajobraz marsjański i nagle zza kadru tekst Marka Watney’a mówiony głosem… Jacka Rozenka. Zamurowało mnie i już chciałem wybiec z sali krzycząc jak Vader. Uff… reklama audiobooka. Dubbing filmów, brrrrrrr.

P.P.S. Będę szczerze zdziwiony jeśli Honest Trailer do Marsjanina nie będzie potężnie nawiązywał do epizodu Damona w Interstellar 😉

Comments

comments