W odróżnieniu od Hobbita (drugi seans podczas Sylwestrowej Nocy w Kinie Helios), w tym przypadku nie miałem zielonego pojęcia czego się spodziewać. Nie znałem nawet zarysu scenariusza. Film opowiada o indyjskim rozbitku Piscine Patalu, synu właściciela zoo, który po katastrofie morskiej na Pacyfiku ląduje w szalupie z hieną, orangutanem, zebrą i tygrysem. Czy uda im się przeżyć? Czy zostaną przyjaciółmi na zawsze? Takie pytania zadawałem sobie już po kilku scenach bojąc się banału. Banał pojawia się tylko czasem i raczej w ustach opowiadającego niż w scenach z Pi. Narratorem jest bowiem sam bohater, który streszcza wydarzenia dziennikarzowi wiele, wiele lat później. W każdym razie nie jest to historia rodem z Księgi Dżungli o przyjaźni człowieka i zwierząt. Tu walka o przetrwanie i wywalczenie sobie miejsca na szalupie jest priorytetem niezależnie od gatunku walczącego.

pi2

     Droga jaką pokonują bohaterowie od katastrofy jest przepiękna. Trudna i ciężka w swojej surowości bezlitosnego oceanu ale to co zrobił Ang Lee i całą ekipa to wizualne mistrzostwo świata. Kilkanaście ujęć po prostu zrywa czapkę. Nie są to wielkie krajobrazy ani niesamowite efekty specjalne. Mowa o surowych ujęciach (szczególnie z góry) na łódkę pośrodku wielkiej wody. Cała reszta to zabawa kolorami i światłem. Mimo to chętnie obejrzałbym ten film raz jeszcze, tylko po to, żeby zobaczyć wspomniane ujęcia. Prostymi środkami zaczarowali mnie totalnie.

pi1

     Całkiem niedawno przeczytałem Rzeźnię numer pięć i opowiedziana w filmie historia bardzo mocno skojarzyła mi się z książką Vonneguta. Nie napiszę więcej, żeby nie zdradzać szczegółów fabuły ale jedno powiem: końcówka wgniotła mnie w fotel i naprawdę wzruszyła. Sylwestrowy repertuar kazał mi oczekiwać zachwytu po Hobbicie, a potem jakoś się dociągnie do trzecie oglądając film-zagadkę. Okazało się, że gwiazdą wieczoru został Pi, a Hobbit daleko za nim. Zdecydowanie polecam! Na pewno jeszcze wrócę do tej opowieści.

Comments

comments