Tym razem brak klasycznej recenzji. Jest za to rozmowa moja i naczelnego fsgk.pl, Daela o tym czy to całe “Infinity War” to dobre jest w ogóle czy nie. Polecam tak tekst jak i zaglądanie na fsgk.pl.

***

Jarek: Dziesięć lat, osiemnaście filmów, bazyliony dolarów, niespotykana skala przedsięwzięcia, pobite rekordy, a to wszystko, żeby nasi kochani bohaterowie mogli spotkać swoją nemezis – Szalonego Tytana imieniem Thanos. Całe uniwersum Marvela spięło się i połączyło w “Avengers: Infinity War”. Ale… to dopiero część pierwsza opowieści. A zatem, DaeLu, jak wrażenia po seansie?

DaeL (redaktor naczelny fsgk.pl): Przede wszystkim jestem zaskoczony. Wydawało mi się, że formułę marvelowską znam już na wylot, i że od postępującego znużenia filmami superbohaterskimi nie ma odwrotu. “Czas Ultrona” w moim przekonaniu dowodził, że magii pierwszych “Avengers” nie da się już odtworzyć. A jednak bracia Russo podołali karkołomnemu zadaniu, tworząc naprawdę angażujący widza film – i to mimo wielkiej obsady i po prostu gigantycznej skali. Zresztą skala jest zrozumiała, bo nad Ziemią (i nie tylko) zawisła kosmiczna groźba. Thanos zaczął gromadzić Kamienie Nieskończoności w celu zniszczenia (w sposób niedyskryminujący) połowy istot rozumnych we Wszechświecie. I choć trudno się tego domyślić nie obejrzawszy filmu, pomimo na pozór absurdalnej motywacji, Thanos jest wprost fenomenalnym złoczyńcą i największym atutem nowych Mściwojów.

J: O tak. Zgadzam się w stu procentach. Chciałem napisać, że jest najlepszym czarnym charakterem w MCU od czasów… ale nie. Po prostu lepszego nie było. Kropka. Jest bezwzględny i brutalny, ale jednocześnie ma ciekawą przeszłość, ma jasny cel i dobrze uzasadnioną motywację. Nie jest to taki typowy złoczyńca nr 5, który pohukuje, pręży się i chce zdobyć władzę nad światem. Thanos ma (nomen omen) nieludzki plan wobec Wszechświata. A kiedy go objaśnia nie można mu odmówić… słuszności? Może nie słuszności, ale jest w tym pewna okrutna logika, którą ciężko kwestionować. To sprawia, że linia podziału na dobrych i złych nie jest taka jednoznaczna.

Thanos, Szalony Tytan, wokalista Limp Bizkit.

D: Thanos nie dość, że potrafi przedstawić swoje racje, to jeszcze jest w swej morderczości bardzo sprawiedliwy, dotrzymuje umów, a na dodatek zdarza mu się okazać przeciwnikom szacunek albo nawet litość. Josh Brolin naprawdę zrobił kawał dobrej roboty uczłowieczając fioletowego olbrzyma. Brakło mi tylko pewnej “kropki nad i” w postaci zarysowania jakiejś alternatywy dla jego działań. Wydaje mi się, że po wykupieniu przez Disneya wytwórni Fox (co sprawia, że prawa do ogromnej liczby postaci wracają do Marvela), wszystko to ewoluuje w stronę sprowadzenia Galaktusa. Gdyby Thanos postawił sprawę jasno – albo zabijamy połowę Wszechświata, albo przychodzi Galaktus i morduje wszystkich – to byłby bohaterem tej opowieści.

J: Może i tak, ale moim zdaniem fioletowy Tytan i tak dość klarownie przedstawia swoje racje, opowiadając o własnych doświadczeniach. No i bardzo ucieszyło mnie, że filmowy Thanos znalazł mniej komiksowe zastosowanie rękawicy nieskończoności niż jego papierowy pierwowzór. Właściwie jedyną wadą tej postaci jest… wygląd. To znaczy był w porządku, ale ja nie mogłem się pozbyć skojarzenia z… Fredem Durstem, liderem Limp Bizkit. Zrozumiem jeśli sam nie zauważyłeś tego minusa.

Mściwoje 3: Krieg Keine Grenzen.

D: Może być w tym coś na rzeczy, bo jego chudy pomagier przypominał trochę Wesa Borlanda. Ale dość tych bizkitowych nawiązań. Thanos był dla mnie pierwszym i największym zaskoczeniem. Drugim było to, jak dobrze twórcy poradzili sobie z tak ogromną liczbą postaci. W “Avengers: Infinity War” na ekranie pojawiają się chyba wszyscy filmowi herosi z wyjątkiem Hawkeye’a i Ant-mana.

J: Tak, oczekiwałem dużo większego rozgardiaszu i przeskakiwania z wątku na wątek. Bracia Russo wykorzystali prosty, ale skuteczny pomysł: podzielili bohaterów na mniejsze grupy, z których każda miała jakieś zadanie. Dzięki temu praktycznie wszyscy herosi i heroiny dostają trochę czasu antenowego. Poza wspomnianymi Langiem i Burtonem nikt nie został potraktowany po macoszemu. Szczególnie dobrze wypadł – czego się nie spodziewałem – Doktor Strange. Był świetną przeciwwagą dla Tony’ego Starka. Mistrzostwo!

Doktor Dziwago w akcji.

D: Co ciekawe niektóre postaci nawet się w filmie nie spotkały. I całe szczęście. Stworzenie odseparowanych od siebie, ale powiązanych fabularnie wątków (obrona Kamienia Umysłu, obrona Kamienia Czasu i budowa super-broni) pozwoliło na w miarę zgrabne przeskakiwanie pomiędzy lokacjami i bohaterami, trochę tak jak w Imperium Kontratakuje i Powrocie Jedi.  Logicznie trzyma się to kupy bardzo dobrze. Pod względem tonu – pomimo drobnych zgrzytów – też jest w miarę spójnie.

J: Ha – i tu się na pewno nie spotkamy w połowie drogi! Dla mnie największą wadą filmu jest właśnie totalny chaos pod względem tonu. Film nie do końca wie, czy chce być straszny, czy śmieszny. Żartów jest dużo i są naprawdę zabawne. Tyle, że jest jedno ale… a właściwie wielkie i znaczące “ALE”. Po wielu naprawdę dobrych i mrocznych momentach (o tym w części spojlerowej) bardzo szybko następuje seria dowcipów i to kompletnie nie pozwala wybrzmieć poważnym scenom. Jeszcze na domiar złego irytował mnie Bruce Banner. Od neurotycznego i wystraszonego facecika z Ragnarok, gdzie był wspaniały przeszedł gładko do bycia marvelowym Jar Jar Binksem. Sceny kiedy się przewraca i mówi “śmieszne” rzeczy będąc w Hulkbusterze to jest czysty George Lucas, w najgorszym prequelowym wydaniu. Czekałem aż się potknie i wpadnie w krowią (nosorożcową?) kupę.

D: To niestety ostatnio taka praktyka w “blockbusterach”, mam nadzieję, że wkrótce minie. Przyznam, że raz czy dwa miałem wrażenie, że za szybko rzucony żart trochę psuje nastrój. Nigdy nie było to jednak tak drastyczne jak w przypadku “Ostatniego Jedi”, kiedy śmieszkowanie nieustannie szło w poprzek emocji, które film próbował przekazać i niszczyło całą wymowę sceny. Faktycznie można było trochę przyhamować z żartami, szczególnie w scenach z Thorem, który – umówmy się – powinien być w zupełnie innym nastroju. Ale chyba nie jest aż tak źle jak mówisz.

J: Dla mnie jednak kilka scen było naprawdę popsutych. Jeszcze mi nie minął szok i niedowierzanie, nie zdążyłem przesiąknąć grozą tego, co się wydarzyło, a już było radośnie, śmiesznie i lekko. Kilka razy naprawdę mnie to zirytowało. Za dużo i za szybko. Tym bardziej, że te mroczne elementy (naprawdę mroczne) uderzały mocno i celnie, nie były pseudo-mrokiem z ostatnich podrygów DC/WB typu Batman v Superman czy Justice League. To zresztą prowadzi mnie do kolejnego wniosku in minus. Tak jak się bałem – Strażnicy Galaktyki niespecjalnie wpasowali się w ten film. Między innymi z powodu ciągłych żartów na ekranie. Kiedy zaczynali uderzać w poważne tony typowe dla Avengersów śmierdziało mi to jakimś fałszem. Szczególnie jedna scena z pewnym wyznaniem. Bardzo nie na miejscu. Jakby ktoś zabrał wspaniałe i zakręcone klocki Lego z fantazyjnych zestawów Jamesa Gunna i budował z nich standardowy zestaw Lego City. Żeby było jasne: Strażnicy są ekstra i kilkukrotnie emanują tą samą magią co w swoich filmach, ale to wszystko nie leży dobrze w jednym filmie z całym tym nadęciem ekipy Nicka Fury’ego.

Thor jest w tym filmie wyjątkowo boski.

D: To chyba kolejny punkt, co do którego się nie zgodzimy. Moim zdaniem Strażnicy zostali wykorzystani bardzo poprawnie. Powiedziałbym nawet, że bracia Russo dość umiejętnie pokazali tę samą chemię i ten sam typ humoru, które widzimy u naszych bohaterów w filmach Gunna. Inne były po prostu proporcje. Akcja leci do przodu, więc czasu na przekomarzanie się jest trochę mniej. Ale “kupiłem” wszystkie sceny ze Strażnikami, nawet te smutniejsze. Zresztą to w jaki sposób Russo dobrali proporcje udziału poszczególnych postaci w tym filmie, to w jaki sposób montowali sceny akcji, jak balansowali pomiędzy akcją i scenami pozwalającymi złapać widzowi oddech – to wszystko był majstersztyk. Z jednej strony ani przez moment nie miałem wrażenia, że jakaś scena jest zbędna (darowano nam przedstawiania bohaterów, twórcy założyli, że ich już znamy), z drugiej nie czułem zmęczenia nieustanną akcją, bo przeskakiwanie między wątkami było bardzo umiejętne. W ogóle pod względem rzemiosła filmowego film stoi naprawdę wysoko. Wygląda dużo lepiej niż ostatnie produkcje Marvela…

J: A to ciekawe. To znaczy zgadzam się, że umiejętnie żonglowali wątkami i nie odczuwałem nudy, ale też nie widzę tu czegoś ekstra w temacie kinematografii. Ot, standardowy – bardzo dobry dodajmy – poziom znany już wcześniej z “Civil War” czy “Winter Soldier”.

Rumble in Wakanda.

D: Sądzę, że poprawiono pewne rzeczy w stosunku do kilku ostatnich filmów Marvela (Black Panther, Spider-Man: Homecoming, czy właśnie Civil War). Efekty specjalne stoją na wyższym poziomie, a i kamera czasem pracuje dość sprytnie, pokazując nam ciekawe rzeczy, szczególnie w wątkach “kosmicznych”. Bracia Russo nie mają może oka Zacka Snydera (odpowiedzialnego za ważniejsze produkcje z DC), ale też oferują nam w miarę spójną historię czego Snyder zrobić nie potrafi.

J: Wiesz, myślałem jeszcze o kwestii wątków i wydaje mi się, że jednak przesadzili z ich ilością. Minimalnie. Cały czas zastanawiam się po co aż tak rozbudowali pobocznego questa z pewnym toporem. Ani to nie wnosiło wiele do fabuły, ani nie działo się tam nic wartego uwagi albo istotnego dla rozwoju bohaterów. Było za to bardzo rozpraszające i niepotrzebne “cameo” znanego i specyficznego aktora. Aż mi się przypomniał Matt Damon w “Interstellar”. Podobny kaliber pomysłu z czapy na casting dla mniej istotnej roli.

Scarlet Witch i Vision. Spędzamy z nimi parę dłuższych chwil na początku filmu, bo pewnie 90% widzów już ich nie pamięta.

D: Wyprawa po Stormbreakera… Cóż, mnie się podobała, łącznie z rolą poboczną i moim zdaniem dała nam potrzebny oddech od pędzącej na złamanie karku walki o klejnoty. Poza tym pokazywała nam przemianę pewnej postaci i była świetnie zagrana. W ogóle wszyscy aktorzy stanęli na wysokości zadania.

J: Cóż, to pewnie odczucia subiektywne, każdy będzie miał inaczej w tej materii. A aktorsko “Infinity War” to rzeczywiście majstersztyk kina komiksowego.  Josh Brolin świetnie ożywił Thanosa i nadał mu niepowtarzalny charakter. Reszta aktorów to już sprawdzona ekipa, dlatego największe brawa należą się ludziom odpowiedzialnym za castingi w całym MCU. Od dawna nie widzę na ekranie aktorów, tylko żywych superbohaterów z krwi i kości. To niesamowita zasługa. Jeśli miałbym kogoś wyróżnić poza Brolinem to chyba Benedicta Cumberbatcha. Doktor Strange jest tu o niebo ciekawszy niż we własnym, solowym filmie. Ale na delikatny prztyczek w nos zasłużył Robert Downey Jr. Mam wrażenie, że powoli widać zmęczenie materiału. Może nie takie jak Jennifer Lawrence w X-Men, ale już zauważalne.

Peter Quill i Tony Stark razem to jak zderzenie dwóch tych samych biegunów magnesu.

D: Tak, też mam wrażenie, że RDJ jest już trochę zmęczony rolą… ale o tym, i o innych detalach fabuły porozmawiamy w części spoilerowej. A póki co słowo konkluzji dla wszystkich, którzy nie chcą sobie psuć zabawy. Moim zdaniem “Avengers: Infinity War” to jeden z najlepszych filmów ze stajni Marvela. Nie jest to film doskonały, ale wyraźnie widać, że twórcy wiedzą gdzie leżą ich atuty, potrafią uczyć się na błędach i podchodzą do materiału źródłowego z dużą dozą miłości. Dlatego sprezentowali nam kawał świetnego, komercyjnego widowiska. Jeśli komuś podobała się pierwsza część Mściwojów, to na trzeciej też się nie zawiedzie.

J: “Avengers: Infinity War” to projekt udany. Na pewno mogę go polecić wszystkim fanom Marvela (osoby, które nie oglądały innych filmów mogą się jednak na seansie męczyć). Może nie trafi do mojego top 3 filmów z MCU, ale jeśli konkurencja (hej DC!) nie potrafi ogarnąć historii z trójką swoich najbardziej ikonicznych bohaterów i jednym złoczyńcą, to Marvelowi należy się tym większy szacunek. Dopięli dziesięcioletnią, osiemnastofilmową historię spójną i interesującą klamrą. A właściwie to rozpoczęli dopinanie tej klamry, bo jak wspomnieliśmy historia kończy się tzw. “cliffhangerem”. Nie mogę się doczekać drugiej części “Infinity War”, mimo, że na pierwszą czekałem bez wielkiego “hurr durr”.

D: Cokolwiek by to miało znaczyć…

J: Gratulacje dla braci Russo. Dokonali niemożliwego.

Comments

comments