Nie będę kłamał: zmęczyłem boga wojny. A konkretnie zmęczyłem w końcu nową odsłonę God of War. Wiem, jak to brzmi, ale nie potrafię tego inaczej ująć. Z zasłużonej serii slasherów pozostał tylko tytuł i główny bohater. Reszta gry została wymyślona na nowo.

     Zmiany oczywiście były potrzebne, bo “Wstąpienie” było nijakie i rzesza graczy odebrała tamtą grę jako odcinanie kuponów i skok na kasę. Tym razem nie ma o tym mowy. Zmieniono pod kątem rozgrywki tak naprawdę… wszystko. Zamiast brnięcia przez tunele kolejnych poziomów mamy do pewnego stopnia otwarty świat. Kamera daje nam klasyczne TPP. No i jest jeszcze nowy system walki…

…tu zmieniło się tyle, że można śmiało nazwać GoW grą zupełnie innego gatunku niż poprzedniczka. To jest wersja “light” gier w typie “Dark Souls”. Pełna swoboda ruchów, atak mocny i wolny lub słaby, ale szybki. Do tego dochodzą bonusy z talizmanów i dwa ataki runiczne odpalane co jakiś czas. Jest blokowanie tarczą (odpowiednio szybko zrobione pozwala na kontrę), unik, ale całość odbywa się w dużo wolniejszym tempie niż poprzednio. Zapomnijcie o naparzaniu w jeden przycisk raz na jakiś czas posiłkując się drugim, albo odskokiem. Tutaj nie można pozwolić sobie na błędy. Jeśli dasz się okrążyć nawet słabszym przeciwnikom, szybko wrócisz do punktu ostatniego zapisu. Potężniejsi przeciwnicy mają jeszcze do dyspozycji ciosy żółte i czerwone. Ten pierwszy da się sparować tarczą, ale na sekundę odsłaniamy się zupełnie, ten drugi – o ile nie zrobi się uniku – wejdzie zawsze. Niezależnie od próby zablokowania.

     Kratos walczy na gołe pięści i kopniaki, ale głównym narzędziem zniszczenia jest topór. Wykonywane nim kombinacje sieją prawdziwy popłoch wśród wrogów, broń ma jeszcze bardzo przydatną funkcję (zapożyczoną od Thora i jego Mjolnira): przerośniętą siekierą można rzucać na lewo i prawo, a po wciśnięciu trójkąta zawsze wróci do ręki niszcząc po drodze wszytko, co napotka. Do dyspozycji gracza jest również rozbudowany “crafting”. U dwóch braci-krasnoludów można ulepszać broń, talizmany i opancerzenie jakie nosi na sobie bóg wojny, ale także tworzyć zupełnie nowe elementy wyposażenia. Mało? A co powiecie na bogate w opcje drzewko umiejętności? Przyznam szczerze, że na początku pogubiłem się w ilości opcji i możliwych konfiguracji, ale z czasem można się oswoić z całym interfejsem.

     Mechanika to jednak nie wszystko. Kratos jakiego znamy przestał istnieć. Ten stary-nowy spartiata to człowiek, który uciekł od przeszłości, zaszył się z ukochaną w północnej kniei i spłodził z nią syna, Atreusa. Bohaterów spotykamy kiedy po śmierci żony/matki, której prochy po spaleniu mają – zgodnie z ostatnim życzeniem – rozsypać na najwyższej górze wszystkich dziewięciu krain. To jest ich misja, to jest ich podróż, a żeby nie było za łatwo, pewni lokalni bogowie nie zamierzają tolerować obecności greckiego pobratymca na swojej ziemi. Pomagać im będą radą, magią czy dobrym słowem mędrzec Mimir, “druidka” Freyja i wspomniane krasnoludy-kowale, Brok i Sindri.

     Na pewno twórcom udało się świetnie pożenić greckiego boga wojny z mitologią nordycką. Z całym jej kolorytem, z jej baśniami, pięknymi i zróżnicowanymi krainami, ale także ze specyficznym i nieprzystępnym klimatem mroźnej północy. W tym kontekście trochę słabo wyglądają standardowe ciuchy Kratosa, ale to jest pomijalny detal. Historia opowiedziana w grze ma ambicję bycia czymś więcej niż kolejną, prostą opowieścią o zemście jaką znamy z poprzednich części. Bóg wojny jest stary, odrobinę zgorzkniały, cyniczny. Jego trudna relacja z synem, to jeden z głównych wątków gry. Ojciec w źle pojmowanej trosce próbuje chronić dziecko przed prawdą o swoim rodzicu i jednocześnie o sobie samym. Dodatkowo wątła budowa i rachityczność Atreusa drażnią zaprawionego w boju Spartiatę.

     Rozwój tej relacji zrobiłby na mnie większe wrażenie gdybym nie znał “The Last of Us” czy “Logana”. Szanuję ambicje i wysiłek scenarzystów “God of War”, ale dla mnie oba wymienione tytuły pokazywały podobny motyw o klasę lepiej. Tutaj wzajemne stosunki ojca i dziecka zmieniają się w dziwnym tempie. Raz niemal stoją w miejscu, a innym razem przemiany o 180 stopni następują w kilka sekund. Postać Kratosa zyskuje dodatkowy wymiar jeśli zna się poprzednie odsłony serii. Nie jest tego dużo, ale wszystkie elementy, które grają na nostalgicznych strunach wybrzmiewają idealnie.

     Zdecydowałem się napisać ten tekst tak długo po premierze, bo internet i prasę zalała fala opinii pochlebnych do przesady i ocen oscylujących w granicach 9-10 na 10. Bez problemu znajdziecie milion tekstów na udowodnienie tezy, że to jest najlepsza gra obecnej generacji. Chciałbym więc napisać ze swojej strony dlaczego uważam, że wcale tak nie jest.

     Pierwsza rzecz jaka rzuciła mi się w oczy to grafika. Owszem, gra jest ładna, ale to tyle. Może to kwestia grania na TV full hd i zwykłym PS4, ale wybaczcie – do Horizon Zero Dawn bóg wojny nie ma co porównywać, a przecież dzieli je ponad rok! W HZD świat był większy, bardziej zróżnicowany, bogatszy, bardziej otwarty i zdecydowanie ładniejszy. Mógłbym to jakoś przeboleć, ale już animacje twarzy podczas rozmów to jakaś poprzednia epoka. Kratos jest zrobiony świetnie, ale Freyja czy Atreus to żart w porównaniu z Alloy czy innymi bohaterami HZD.

     Na brak kreatywności cierpieli projektanci przeciwników. Mamy ich kilka rodzajów, ale na dalszym etapie gry spotykamy tylko ich różnokolorowe wariacje. Jeśli jakiś lodowy siepacz nas zaatakuje to możemy być pewni, że na dalszym etapie trafimy na odpowiednik ogniowy i kwasowy. I to tyle. To samo jeśli chodzi o światy, które przyjdzie nam odwiedzić. Midgard miło zaskakuje bogactwem lokacji, ale już śliczne Helheim i Alfheim są pod tym względem strasznie ubogie. Chociaż to jeszcze nic w porównaniu z dwiema innymi krainami. Jedna to pięć czy sześć aren gdzie po prostu tłucze się hordy wrogów, a druga to dziwny labirynt, który trzeba przejść “naście” razy, bo służy li tylko temu, żeby “farmić” materiał na lepsze wyposażenie i/lub na wykonanie jednego z questów. Żeby było weselej – śmierć w labiryncie oznacza, że cały zebrany “loot” z tego rajdu przepada więc ostatnie 10 minut gry idzie jak krew w piach.

     A propos czasu. W grze zaimplementowano system szybkiej podróży. Zawsze cieszy jeśli w sporym świecie można skakać z lokacji do lokacji. Szkoda tylko, że ten system działa dopiero po przejściu mniej więcej 2/3 głównego wątku, a dodatkowo czas potrzebny na skok w pożądane miejsce zakrawa na kpinę. W zależności od humoru konsoli cała procedura trwa od minuty do mniej więcej minuty i czterdziestu sekund. W grze z 2018 roku? Serio?

     Marudzenie zakończę na tzw. “side-questach”. Większość pobocznych zadań jest nudna i ogranicza się do pójścia w miejsce A i zabicia 3 wrogów, zniszczenia 3 ołtarzy lub zebrania 3 elementów czegoś-tam. Poza może dwiema misjami dodatkowymi zlecanymi przez Broka i Sindriego nie ma tu nic, co by zapadało w pamięć na dłużej.

     Co ważne – absolutnie nie chcę powiedzieć, że nowy, zupełnie odmieniony “God of War” to gra kiepska. W żadnym razie. Po prostu nie podzielam zachwytów reszty świata i nie widzę tu “opus magnum” obecnej generacji konsol. Widzę natomiast krok w bardzo dobrym kierunku i widzę potencjał na więcej i lepiej. Dlatego z niecierpliwością czekam na kolejną odsłonę, bo to, że powstanie jest pewne jak śmierć i podatki.

God of War (2018)
7/10

Linki

Filmweb, IMDb

Comments

comments