W jakich okolicznościach Han Solo poznał Chewbaccę? Jakim cudem uciekł z Corelli? Kiedy został pilotem? Skąd wziął swoje kostki szczęścia? Dlaczego w ogóle nazywa się Solo? Jak zdobył Sokoła Milenium? Kiedy poznał Lando Carlissiana? O co chodzi z “Kessel run” w mniej niż 12 parseków? Skąd się wzięło jego słynne “I know”?

Na te wszystkie pytania, których nikt nigdy nie zadał, odpowiada film o jakże prostym tytule: “Han Solo: Gwiezdne wojny – historie”. Poznajemy naszego legendarnego bohatera (w tej roli Alden Ehrenreich) kiedy jako młody chłopak próbuje uciec ze swoją ukochaną Qi’Rą (Emilia Clarke) ze slumsów Corelli. Potem coś tam się gdzieś tam dzieje. Potem coś innego jeszcze gdzie indziej i tak sobie skaczemy od jednej przypadkowej lokacji do kolejnej. Oto przepis na film.

A pytania o których wspomniałem na początku są tu nieprzypadkowo. Wygląda to tak, jakby Lawrence Kasdan spisał sobie w punktach wszystko co wiemy o Hanie ze starej trylogii. Potem do każdego zagadnienia napisał scenę, a na koniec połączył to wszystko na ślinę i słowo honoru. Spójna historia z tego nie wyszła. Oglądamy sobie po kolei słynne momenty z życia Solo, tak, jak oglądalibyśmy czyjeś zdjęcia z wakacji.

“Fan service” pełną gębą. Niemal wszystko wydaje się wymuszone i zaplanowane biznesowo, a nie artystycznie. Żadnego ryzyka, ale i żadnej oryginalności. Musi być znajomo i przyjemnie. Znów się powtórzę – nie jest. Ten film jest tak nijaki, tak pozbawiony ikry, tak obdarty z fantazji, z pomysłów. Tak bardzo żaden. Gdyby go nazwać “John Yolo w kosmosie” i pozbawić nawiązań do SW, pies z kulawą nogą by się nie zainteresował produkcją. Zresztą, biorąc pod uwagę i frekwencję w dniu premiery, i kampanię reklamową – nawet korporacja-matka nie wierzyła w sukces.

Wydawało by się, że film o młodości Hana Solo, będzie filmem o jego dorastaniu, o tym jak stał się łotrem ze złotym sercem, postacią, którą znamy i kochamy. Błąd. Pierwsze 15 minut to błyskawiczny skrót kilku ważnych wydarzeń, i już po chwili możemy oglądać gorzej zagraną wersję tego samego bezczelnego, aroganckiego i wyszczekanego najemnika, w którego wcielał się Harrison Ford. A przecież aż się prosiło o rozwinięcie jego “kariery” w imperialnej armii. Sceny z bitwy, stylizowane na potyczki w okopach I Wojny Światowej, uważam za najmocniejsze i aż żal, że trwają tak krótko. To samo dotyczy tego, jak Han został podniebnym asem. Najpierw mówi o tym, że chce być najlepszy w galaktyce, a chwilę potem informuje, że już jest najlepszy. Faktycznie, kiedy pierwszy raz siada za sterami YT-1300 daje czadu, ale jak i kiedy się tego nauczył? Przecież to powinno być głównym wątkiem w filmie o młodości Solo!

O spotkaniu z Chewiem nawet nie wspominam. Wyszło całkowicie przypadkowo i nic w filmie nie wyjaśnia, nie pokazuje jakim cudem urodziła się z tego przyjaźń na całe życie. Ale to jeszcze nic. Wyobraźcie sobie film o najbardziej znanym i lubianym łajdaku w historii kina, w którym nie ma ani jednej zabawnej sceny. Kilka może wywołać lekki uśmieszek, ale reszta żartów jest wybitnie nietrafiona. Szczytem szczytów jest droid L3, pierwszy oficer Lando Calrissiana. Brak słów. Wyszło tak, że przy co drugim “dowcipie” musiałem chować ze wstydu twarz w dłoniach.

Są tu w ogóle jakieś plusy? Dobre pytanie. Alden Ehrenreich jako młody Solo. Szału nie ma, chwilami tak bardzo próbuje naśladować gesty i mimikę Harrisona Forda, że wygląda to na parodię. Ale przez większą część filmu jest znośnie i nie razi. Donald Glover w roli Lando bardzo mi się podobał. Luz, pełna kontrola nad postacią i chyba najlepsza kreacja w tej produkcji. Woody Harrelson… jest. Nawet się stara, ale nie dostał za wiele do zagrania. Ma jeden moment, który mógłby naprawdę widza ruszyć, ale że to film, który musi realizować kolejne punkty – nie starczyło czasu na rozsmakowanie się w tej scenie.

Na drugim końcu tej listy znajduje się Matka Smoków aka Emilia Clarke. Wydaje mi się, że obserwujemy zmierzch jej krótkiej kariery. Po “Terminatorze: Genisys” to już druga wysokobudżetowa produkcja, w której pani Clarke pokazuje jak bardzo nie potrafi grać. Jej mimika, jej intonacja, jej akcent – wszystko jest tak płaskie, tak sztuczne, tak beznadziejne, że gdyby wrzucić ją do dowolnego odcinka “Pamiętników z wakacji”, widz nie zauważyłby różnicy.

Na plus zaliczyłbym jeszcze niezłą sekwencję ucieczki Sokołem i efekty specjalne na przyzwoitym poziomie. Poza tym – mimo litanii narzekań – to nie jest film fatalny. To po prostu kino doskonale nijakie. Przeciętne. Niedookreślone jak temperatura letniej wody. I właśnie na tym polega cały problem. Po co realizować film o jednym z najbardziej legendarnych bohaterów, jeśli nie mamy pomysłu, ani nawet chęci, by pokazać coś nowego? Gdyby chociaż fabuła opowiadała o przygodach Hana w akademii albo relacjach z Chewbaccą, to może coś pozytywnego dałoby się z tematu wyciągnąć. Niestety zamiast tego mamy kalejdoskop dziesięciu wątków, romans pozbawionych chemii i serię scen bez ładu i składu…

…i jeszcze ta końcówka. Nie dość, że Han przechodzi DOKŁADNIE taką samą przemianę jak w “Nowej Nadziei”, to jeszcze okazuje się, że prawdopodobnie jemu zawdzięczamy przypadkowe rozkręcenie rebelii przeciw imperium. Nie mogli nawet w finale odpuścić sobie patosu i nawiązywania do starej trylogii. Wybitny wręcz brak pomysłów.

Z nowej “gwiezdnowojennej” fali spod znaku Disneya, “Solo” póki co jest produkcją najgorszą, najbardziej pozbawioną klimatu, charakteru i wszystkiego innego… Poprzednie części czy to z głównego nurtu czy “Rogue One” zawsze wzbudzały we mnie jakieś uczucia. Miłość, nienawiść, niechęć, zażenowanie, cokolwiek. Film o Hanie Solo, jednym z symboli świata Gwiezdnych Wojen, wzbudził we mnie tyle emocji co chodzenie na grzyby. Albo nawet trochę mniej. Niczego nowego nie pokazuje, niczego nie wnosi, niczego nie zmienia. Żadnej wartości dodanej. Czysty skok na kasę i żadne zmiany reżyserów tego nie tłumaczą. Odradzam wyjście do kina, można spokojnie poczekać na DVD/Blu-raya. Szkoda kasy na modelową wręcz przeciętność i nijakość nawet jeśli to przeciętność i nijakość firmowana legendarną marką. Najsmutniejszy jest w tym wszystkim fakt, że kolejne spin-offy właśnie zapowiedziano. Gwiezdne Wojny – moją wielką kinową miłość – zaczynam powoli zbywać wzruszeniem ramion. Gorzej być nie może.

P.S. Tak, wiem, że Lord & Miller odeszli w atmosferze konfliktu, że Ron Howard kręcił od nowa pół filmu, ale wybaczcie, ja oceniam końcowy produkt. Takie perturbacje mogę brać pod uwagę wtedy, gdy okoliczności są niezależne od producentów (przypadek Snydera i “Justice League”).

Comments

comments