Legion samobójców brzmi jakby co najmniej było ich kilka tysięcy. Kolejny raz warto było zostawić oryginalny tytuł i nie robić z tłumaczenia żenady, ale przecież to nasza specjalność więc czemu nie? Plus jest taki, że film, moim zdaniem, nie jest taki zły jak opisują go krytycy, ani taki dobry, jakim malują go niektórzy widzowie i fani DC.

     Fabułę zdradzały kolejne zwiastuny więc rozpisywać się nie będę. Ameryka w osobie Amandy Waller (świetna Viola Davis) zbiera do kupy ekipę przestępców, którzy dla odmiany w zamian za kablówkę, ekspres do kawy i skrócenie wyroku mogą zrobić dla społeczeństwa coś dobrego. Parszywa trzynastka w wersji komiksowej, nikt tu nie wymyśla koła na nowo, bo i po co? Gorzej, że uzasadnienie dla takiego ruchu jest, mówiąc wprost, kretyńskie. Znany również z trailera tekst – a co jak następny Superman będzie zły – jest tak nieprzystający do Suicide Squad, że bardziej się nie da. No bo co przeciw ewentualnemu psychopacie z planety krypton (Zod?) zrobi wariatka, która używa kija bejsbolowego, super-snajper, człowiek-krokodyl, albo piwo-żłop rzucający bumerangiem? Jedyne indywidua, które nie są skazane na śmierć tzw. jednostrzałowca w starciu z kimś o mocy Supermana są El Diablo i Entchantress. Reszta zginie zanim kurz bitewny zdąży się w ogóle wzbić. Ja naprawdę rozumiem konwencję i przymykanie oka, ale jakaś logika musi tu działać, choćby w ramach własnej konwencji.

ss2

     No właśnie… logika… Scenariusz to jedna z dwóch największych wad filmu. Dziurawy, nielogiczny, do bólu przewidywalny i nijaki. W dodatku pcha akcję od jednej efekciarskiej sceny do drugiej, ani razu nie pozwalając się zatrzymać i odsapnąć, pokazać coś więcej niż tylko bezmózga jatkę… wróć! Jest jeden taki moment i (niespodzianka) to zarazem najlepsza scena w filmie. Kiedy bohaterowie siedzą przy barze i mogą po prostu pogadać. Dowiadujemy się od nich czegoś więcej na temat przeszłości, zaczynamy rozumieć rodzące się między nimi emocje i zależności. Szkoda, że reszta czasu to ekranowy chaos. Główny czarny charakter jest kompletnie nieinteresujący, bezpłciowy i nudny, a w dodatku straszy, tzn. “straszy” robiąc głupie miny, machając rękoma i tańcząc hawajskie hula przez większość czasu. O tym, ze zachowuje się bez sensu żal już wspominać. Nie zachwyca też przedstawienie bohaterów. Zamiast zrobić to w sensowny sposób pokazując ich na ekranie w konkretnych sytuacjach mamy retrospekcje, migawki i Amandę Waller czytającą ich charakterystykę. To jest poziom pisania scenariusza w liceum filmowym, byle zaliczyć. Nie może być inaczej jeśli taki koleś jak David Ayer dostaje całe 4 czy 6 tygodni na napisanie scenariusza. WB/DC chyba nie rozumie przemysłu filmowego, nie wiem jak inaczej wyjaśnić tak idiotyczne decyzje na poziomie produkcji i planowania. Zresztą, do tego jeszcze wrócę za chwilę.

ss7

     Żeby nie brzmieć jak Gandalf Zwiastun Burzy, napiszę co mi się podobało. Przede wszystkim casting. Zatrudnienie Willa Smitha jako Deadshota to strzał w dziesiątkę. Chodzący wulkan charyzmy pokazuje tu wszystkie swoje oblicza, od dowcipkującego klauna, przez bezlitosnego zabójcę, po kochającego ojca. W tyle nie zostaje Margot Robbie, ba, napisałbym, że to najjaśniejsza gwiazda filmu. Jej Harley Quinn jest w stu procentach taka jak powinna: niestabilna emocjonalnie, pin-upowo seksowna, porywcza, zabawna, ale też brutalna i bezlitosna. Fantastyczna kreacja! Zadziwił mnie Jai Courtney, facet, którego w poprzednich filmach główną zaletą było to, że nie pojawiał się w każdej scenie, tutaj naprawdę daje radę. Kapitan Bumerang pije browary, tłucze się z kim się da, cwaniakuje i próbuje podrywać to, co się akurat nawinie. El Diablo jest super do pewnego momentu, który bardzo psuje jego postać, bo pojawia się znikąd, ale znów – to nie wina aktora tylko kretyńskich dialogów. Reszta ekipy dostała mniej czasu na ekranie (Killer Croc), albo została wciśnięta do filmu na siłę i nie ma tu kompletnie nic do roboty (Katana, Slipknot). Na minus zaliczam Enchantress, która gra na poziomie braci Mroczków i niewiele lepiej wypadającego Ricka Flaga. Ten ostatni to żołnierz mający zapanować nad ekipą samobójców (o, to byłby lepszy tytuł), ale idzie mu to dość opornie. Może dlatego, ze sam aktor ma tyle charyzmy co wagon z węglem? Jego szefowa, Amanda Waller czyli Viola Davis wypada świetnie. Emanuje autorytetem władzy, bezwzględną skutecznością i charakterem, niepotrzebnie dorzucono jej jednak pewną brutalną scenę, żeby pokazać jak daleko może się posunąć. Raz, że fabularnie było to głupie, dwa – niekoniecznie było to potrzebne – i bez tego łopatologicznego wkładania nam do głowy “patrzcie jaka brutalna” było widać, że nie cofnie się o krok.

ss9

     Last but not least, Joker. Postać legendarna i wielbiona jako jeden z najlepszych czarnych charakterów w historii popkultury została wsadzona do filmu na jakieś pięć minut. Może osiem. Nie, to nie jest żart. Joker pojawia się w kilku scenach, kompletnie niczego nie wnosi do fabuły i równie dobrze mogłoby go nie być. Niespecjalnie podobał mi się też pomysł (No właśnie, czyj? Reżysera? Jareda Leto?) na sportretowanie najsłynniejszego klauna. Raz oglądamy miks gangstera z raperskich klipów skrzyżowanego z Tonym Montaną, a w innym momencie jest jak gorsza wersja Heatha Ledgera z Dark Knighta Nolana. Miałem wrażenie, że za każdym razem pojawiał się trochę inny Joker i wyszedł z tego swoisty misz-masz. Film zdecydowanie obszedłby się bez tej postaci, dużo lepiej wypadło wrzucenie w kilka scen Batmana. Jego widzieliśmy w pełnej krasie w osobnym filmie, a pojawienie się w Suicide Squad ładnie dopełnia spójność budowanego z takim trudem DCU.

ss8

     Wspomniałem wcześniej, że film ma dwie zasadnicze wady. Druga to chaotyczny, beznadziejny, sprzeczny z każdą szkołą filmową montaż. Niektóre sceny nie mają sensownego początku i końca, inne powtarzają się jedna po drugiej i pokazują to samo (dosłownie, Amanda Waller tłumaczy dwa razy pod rząd to samo, tylko innym osobom). Do tego dochodzi CGI na poziomie późnych lat 90tch – brat Entchantress wygląda jak żywcem wyjęty ze Stargate czy pierwszej Mumii. Inne ujęcia kompletnie nie pasują do miejsca w filmie, w którym się znalazły – ogólny chaos przyprawia o ból głowy. Mało tego, film naszpikowano nieprawdopodobną ilością hitów popowych, które występują w niespotykanym natężeniu. W pierwszej połowie filmu w dwie minuty słuchamy trzech kawałków, od Eminema po Guns’n’Roses. Wygląda to jak ciąg klipów z youtube, a nie pełnometrażowa produkcja filmowa. Montaż scen z tymi hitami robi się irytujący i dekoncentruje już po drugim utworze.

ss6

     Przypadek? Nie, albowiem wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Suicide Squad to nie wizja Davida Ayera tylko praca zbiorowa. Ponoć autorzy świetnych zwiastunów zostali zaproszeni do prac nad montażem i to jest chyba najbardziej skandaliczna i najgłupsza decyzja w historii produkcji filmów fabularnych. Raz, że dzięki temu zapewne zamiast dobrych scen mamy listę przebojów lat 90tych, dwa, że nie pozwolono dobremu reżyserowi ulepić całości według swojej własnej wizji. WB/DC spanikowało po sukcesie Deadpoola i porażce BvS więc zdecydowano, że trzeba dorzucić trochę humoru i groteski przez co film cierpi na schizofrenię. Bez żadnej płynności przeskakuje z klimatu mrocznego w groteskę i z powrotem. Jakby ktoś chciał upchnąć dwa filmy w jednym (to i tak sukces, w BvS próbowano pięciu filmów w jednym). Akurat tutaj mroczność byłaby na miejscu, bo przecież członkowie ekipy to kryminaliści i nierzadko mordercy. Na ekranie tego nie widać. Mamy grupę ludzi, w miarę sympatycznych, którzy może gdzieś, kiedyś zabłądzili, ale już są spoko. Zresztą, wystarczy porównać pierwszy zwiastun z kolejnymi, żeby zobaczyć jak wizję Ayera zastępowano bałaganem pod batutą smutnych panów w garniturach z zarządu WB/DC. Najsmutniejsze, że nigdy nie zobaczymy jak ten film miał (i powinien był?) wyglądać.

ss4

     Suicide Squad przypomina mi Fantastic 4 z zeszłego roku. gdzieś tam w środku majaczy fajny film z wielkim potencjałem, ale został zasypany lawiną klipów muzycznych, humoru wrzucanego na siłę i fatalnych decyzji montażystów. Przypomina mi też coś innego, genialną (polecam wszystkim, bezwzględnie) polską komedię Pół serio. Młodzi scenarzyści chcą zrobić film i zmieniają jego wersję za każdym razem dostosowując się do kretyńskich uwag i zastrzeżeń producenta. Tak sobie właśnie wyobrażam powstawanie Suicide Squad i niestety efekt jest dużo gorszy niż mógłby być. Nie odradzam jednak pójścia do kina, bo chyba warto. Obsada i interakcje między postaciami ratują film przed kompletna katastrofą i sprawiają, że chce zobaczyć więcej Harley, Deadshota i Boomeranga w nowym filmie. Byle tylko dać reżyserowi wolną rękę i pozwolić realizować jedną spójną wizję. Słyszy mnie tam ktoś w kwaterach głównych WB i DC? Halo!

Comments

comments