Po zeszłorocznym sukcesie nowego serialu Netflixa – “Stranger Things” – powstanie drugiego sezonu było tylko kwestią czasu. A czy jest lepszy moment na premierę niż weekend przed Halloween? No właśnie! Nic więc dziwnego, że tuż przed końcem października dostaliśmy kolejne dziewięć odcinków zbierającego świetne recenzje serialu. A mnie znów udało się pochłonąć całość za jednym posiedzeniem. Jeśli miałbym jak najkrócej opisać swoje wrażenia, powiedziałbym, że jest dobrze (hura!), ale (niestety?) nie lepiej niż rok temu. Jeśli podobał się Wam pierwszy sezon, to i drugi nie sprawi Wam zawodu. Mógłbym powiedzieć coś więcej, ale… oznacza to, że będę musiał zdradzić informacje ważne dla fabuły. Jeśli nie widzieliście nowych odcinków i nie macie apetytu na spoilery, to w tym miejscu się chyba pożegnamy. Czujcie się ostrzeżeni!

     Serial przenosi nas do znajomego już miejsca. Mieszkańcy miasteczka Hawkins, rok po zaginięciu (i odnalezieniu) Willa Byersa, szykują się do Halloween. Bohaterowie, znani nam z pierwszego sezonu, nadal przepracowują traumę, próbując żyć w miarę normalnie. Ale raczej nic z tego nie wyjdzie, bo oto kolejne zagrożenie z mrocznych czeluści “upside down” próbuje przedostać się do naszego świata. W drugim sezonie pojawiają się nowe postacie, dochodzą nowe wątki, ale tradycyjnie, koniec końców chodzi o to samo: o powstrzymanie zła i uchronienie przed nim bliskich.

     Twórcom (czyli głównie braciom Duffer) należy się ogromny plus za utrzymanie tego samego klimatu, który znamy i za który pokochaliśmy serial. Znów bywa mrocznie, ale i nostalgicznie, znów całość jest laurką dla lat osiemdziesiątych i znów trzymamy kciuki za naszych ulubieńców. Wydaje mi się też, że ten sezon ma swój własny charakter w dużo większym stopniu niż pierwsza odsłona serialu. Wtedy wszystko przypominało miks “E.T.” i horrorów Kinga, teraz “Stranger Things” ma dużo wyraźniejszą, własną tożsamość. Mimo, że miejscami jest ewidentnie inspirowane… “Aliens” Jamesa Camerona. Tak tak, dobrze widzicie.

     Wszystkie pochwały jakich użyłem pod adresem poprzedniego sezonu, mają zastosowanie również tutaj. Jest klimatycznie, postacie są ciekawe i łatwo się z nimi zżyć. Gra aktorska robi wrażenie, szczególnie w przypadku Willa Byersa, który rok temu zniknął na większość czasu antenowego, a tu ma naprawdę sporo do zagrania. Casting “Stranger Things” jeśli chodzi o dzieciaki jest po prostu wzorowy.

     Podobało mi się też dość wolne prowadzenie historii. W pierwszych sześciu odcinkach nie ma zbyt wiele akcji. Zamiast tego poznajemy bohaterów trochę lepiej, mamy czas, żeby z nimi pobyć w zwyczajnych sytuacjach i wspólnie przeżywać dramaty, które znamy z własnego dzieciństwa. Ot, choćby pierwsze zauroczenia, problemy z integralnością do tej pory nierozrywalnej paczki przyjaciół czy kłopoty z dostosowaniem się do nowego miejsca po przeprowadzce. Dzięki temu, kiedy już fabuła rusza z kopyta w ósmym i dziewiątym odcinku (o siódmym będzie osobno), dzieje się dużo i szybko, a widz jest mocno zaangażowany emocjonalnie.

     Jednakże bracia Duffer podjęli też kilka dziwnych decyzji, które – moim zdaniem – sprawiły, że sezon numer dwa oceniam oczko niżej niż pierwszy. To nie jest oczywisty wniosek, bo po pięciu-sześciu odcinkach spodziewałem się czegoś wręcz odwrotnego.

     Główny zarzut to epizod siódmy: “The Lost Sister”. Cała fabuła nagle staje w miejscu i na te 40-50 minut opuszczamy Hawkings i udajemy się w podróż z Jedenastką, aby ta mogła spotkać mamę, wkręcić się w dziwną ekipę punków rodem z “Robocopa” (tego dobrego, nie tego z 2014 roku), no i żeby przeszła wewnętrzną przemianę. Wszystko jest tutaj nie tak. Jeden odcinek to za krótko, żeby pogłębić historię dziewczynki, za mało, żeby pokazać wiarygodną przemianę, a już na pewno nie pomaga w tym irytująca ekipa wykolejeńców. Może gdyby rozbić to na kawałki i powciskać na przestrzeni całego sezonu? Może wtedy zadziałałoby lepiej? Nie wiem, ale efekt siódmego epizodu jest taki, że zapomniałem jaki serial oglądam i na czym właściwie stanęła akcja w samym Hawkings. Jednocześnie to co śledziłem na ekranie było niezbyt interesujące. Zdecydowanie najgorszy odcinek dotychczas. Mam nadzieje, że informacje o tym, iż “The Lost Sister” jest niejako pilotem sezonu trzeciego, to tylko głupie plotki.

     Nowe postacie, które pojawiły się w tym sezonie są w porządku, ale pozostawiają niedosyt. Bob – informatyk, elektronik i nowy chłopak mamy Willa jest chyba najciekawszy. Max (skrót od Maxine), czyli dziewczyna, która powoduje u Dustina i Lucasa burzę hormonów wypada nieźle, ale szkoda, że w pełni nie wykorzystano jej potencjału. Pełni wyłącznie rolę obiektu romantycznych westchnień i nieumyślnej “rozbijaczki” ekipy przyjaciół. Last and least – brat Maxine – Billy. Osiłek i dupek, bardzo w typie osoby, jaką na początku poprzedniego sezonu był Steve. Billy pojawia się po to, żeby komuś przywalić albo kogoś obrazić i… tyle. Sądzę, że to postać kompletnie zbędna.

     Szczególnie, że wspomniany Steve jest chyba w tej chwili najlepszą i najbardziej sympatyczną postacią serialu. Przeszedł przemianę, której nikt się nie spodziewał i… tego mi brakowało w nowych odcinkach. Jakiegoś przełamywania schematów, odwrócenia klisz i standardowych zagrywek. Na przykład Bob – wydawało mi się od początku, że to pierwsza postać do odstrzału. Potem pomyślałem: niekoniecznie, “Stranger Things” nie idzie utartymi ścieżkami, zaskoczą mnie. No i nie zaskoczyli.

     Zabrakło mi też trochę… straszenia. Rok temu było mniej akcji, ale więcej scen pełnych nieznośnego napięcia, niepokoju przed nieznanym wrogiem, mrocznym światem po drugiej stronie lustra. Tu jest sporo akcji, ale właśnie takiej jak w “Aliens”, sequelu pierwszego “Obcego”. Tam też miejsce opresywnej trwogi z pierwszej części zajęły bieganie, strzelanie i wybuchy.

     Strona techniczna to małe dzieło sztuki. Montaż i montaż dźwięku zasługują na serialowego Oscara (czyli bodaj Emmy, czy jak się ta nagroda nazywa). W każdym ujęciu widać i słychać ogrom pracy włożonej w te elementy. Powiększył się też zauważalnie budżet na efekty specjalne. Mniejsze wersje Demogorgona nie straszą już swoim wyglądem, poruszają się naturalnie i nie odstają od reszty elementów na ekranie.

     Finał dostarcza emocji, ale jednocześnie odrobinę rozczarował. Zabrakło jakiegoś ciężaru emocjonalnego, jakiegoś dramatu czy to na pierwszym planie czy w tle. Do “Stranger Things” po prostu nie pasuje mi stuprocentowy happy end, ale może to tylko takie moje smęcenie.

     Ocenę daję o oczko mniejszą niż w przypadku poprzedniego sezonu. Miałem dać tyle samo, ale odcinek siódmy wyrządza zbyt wiele szkód, żeby nie wziąć tego pod uwagę przy cyferkach. Nie zmienia to jednak mojego ogólnego zdania o drugiej odsłonie serialu: warto, polecam, nie zawiedziecie się.

Comments

comments