Dziwnie się czułem po obejrzeniu. Z jednej strony opowieść wygląda dziwacznie: facet zakochuje się w systemie operacyjnym, który w rzeczywistości jest sztuczną inteligencją gadającą głosem Scarlett Johanson. Z drugiej strony to tylko pretekst do snucia opowieści o rozstaniu, o bólu i pustce, która następuje potem i jak trudno ją czasem wypełnić. Szczególnie jeśli jest się przesadnie wrażliwym i uczuciowym gościem jakiego gra Jacquin Phoenix. Taki mysio-pysio. Trochę ciamajda, trochę wstydliwy ale tak naprawdę dobry człowiek. Obawiałem się moralitetu czy jakiejś koszmarnej wizji przyszłości gdzie ludzie zamiast ze sobą wiążą się ze swoimi ajfołnami. Nic z tych rzeczy. Ten film dałoby się opowiedzieć wyrzucając ze scenariusza wspomniany system i wrzucając chociażby prostytutkę mizdrzącą się do klienta.

her-movie-banner-600x350

     Spike Jonze odwalił kawał dobrej roboty budując niesamowitą sieć uczuć, oczekiwań, wzlotów, upadków i zawodów. Dwugodzinny, w całości przegadany film, który nie nudzi. Przynajmniej przez większość czasu, bo kilka dłużyzn można by wyciąć. Dwoje aktorów, których wymieniłem uzupełnia jeszcze śliczniutka Rooney Mara i Amy Adams. O tej drugiej napiszę krótko: to najlepsza aktorka swojego pokolenia. W każdym filmie jaki widziałem z jej udziałem oglądałem daną postać z krwi i kości, a nie Amy Adams grającą w filmie. Niesamowita jest i basta! Dobry film ale trzeba mieć nastrój. Zdołowanych, niedawno porzuconych albo nieszczęśliwie zakochanych może dobić. Żeby nie było, że nie ostrzegałem.

Comments

comments