Święta, święta i po świętach. Śniegu nie ma, pada deszcz, na zewnątrz raczej późny listopad niż bożonarodzeniowy grudzień. Szaleje pandemia, wchodzą kolejne poziomy lockdownu. Co można robić w taki czas? Filmy oglądać! Jak zawsze. Ekranowy balsam dla duszy przydaje się w każdej sytuacji i w obecnym czasie zalecam szczególnie mocno! Może kino familijne?

     Rok temu trafiła na Netflix animacja “Klaus”, o której słyszałem dużo dobrego, ale którą obejrzałem dopiero niedawno. Twórcy opowiadają nam historię Jespera. Wywodzi się z bogatej rodziny, jest totalnym obibokiem, opływa w luksusy i myśl o robieniu czegoś dla innych (a już nie daj Boże o pracowaniu) nawet przypadkiem nie przelatuje przez jego głowę. Zrezygnowany i surowy ojciec (właściciel czy też zarządca królewskiej akademii pocztowej) wysyła więc syna na maleńką wyspę za kołem podbiegunowym. Jesper ma wskrzesić tam placówkę pocztową i obsłużyć 6000 przesyłek, żeby móc w ogóle myśleć o powrocie do domowego luksusu. Jeśli odmówi, czeka go klasyczne i wychowawcze “wydziedziczonko”.

     Początek jest naprawdę ciekawy. Smeerensburg, gdzie trafia Jesper, okazuje się być smutnym, szarym i brzydkim miasteczkiem, które od wieków podzielone jest wojną domową. Klany Krum i Ellingboe walczą ze sobą zawzięcie od lat. Wszędzie widać zasieki, płoty, połamane drzewce broni i czuć ogólną niechęć wszystkich do siebie nawzajem. Jakie to ma konsekwencje dla bohatera? Ano nikt nie wysyła sobie listów. Ani paczek. Ani niczego innego. Jak dobić do 6000 kiedy ciężko o jedną przesyłkę? Na pomoc tradycyjnie przychodzi przypadek, niezwykła znajomość, garść szczęścia i dobro, które wraca do tego, kto je czyni.

     Morał animacji szlachetny i całkiem przyzwoicie wyłożony, ale mam problem ze scenariuszem. Początek filmu mocno kojarzył mi się z rewelacyjnymi “Nightmare before Christmas” (po polsku “Miasteczko Halloween”… serio???), “Gnijąca panna młoda” i klimatem ocierał się o wszystkie produkcje spod ręki Tima Burtona. Niestety im dalej w las tym robi się bardziej słodko, klasycznie i przewidywalnie. Nie ma w tym nic złego, nie chcę, żebyście myśleli, że to wada. Po prostu odniosłem wrażenie, że pierwsze 20-30 minut obiecywało coś więcej niż standardowe, wzruszające kino familijne.

     Poza tym zabrakło mi trochę głębi w tym wszystkim. Przemiana bohatera następuje gdzieś poza ekranem, bo nie ma jednej sceny, która by sprawiła, że coś się w nim zmienia. Jednego dnia jest totalnym leniem i pasożytem, drugiego pomaga wszystkim, a serducho ma większe niż wielgachny drwal/cieśla Klaus.

     A właśnie! Tytułowy bohater. Odseparowany od świata lasem i tonami śniegu, zaszyty w swoim domu. Naznaczony dramatem. Najbardziej wzruszająca postać w filmie, ale znów: potraktowana trochę po macoszemu. Kiedy dzieją się rzeczy, które powinny chwycić mnie za gardło i wytargać duszę (jak legendarna sekwencja wprowadzająca do “Up!”), ja pozostałem chłodny. Za mało wiedziałem o Klausie, za mało czasu z nim spędziłem, był zbyt dobrze schowany za Jesperem, żebym nagle doznał obezwładniającej mocy empatii.

     Największe wrażenie zrobiła na mnie niepozorna scena, w której głowy zwaśnionych rodów Smeerensburga tłumaczą swoim najmłodszym skąd się wzięła waśń i dlaczego tyle trwa. Nie jest to istotny element fabularny, ale zrobił na mnie gigantyczne wrażenie. Aż przypomniał mi się słynny eksperyment z małpami, drabiną i polewaniem zimną wodą. Choćby dla refleksji po tej scenie warto obejrzeć “Klausa”.

     Animacja jest prześliczna. Daleka od disneyowskiego idealizowana w klasycznych produkcjach. Bliższa wspomnianym wcześniej produkcjom albo disneyowskiej (ha!) perełce “Nowe szaty króla”. Zaburzone proporcje, karykaturalne twarze, ale jednocześnie jest w tym coś sympatycznego, jakieś ciepło, pozytywna energia. Szczególnie w uśmiechu pewnej małej Laponki.

     Nie miałem wielkich oczekiwań wobec “Klausa” i uważam, że jest przyjemnym, wzruszającym i miłym dla oka kinem familijnym z mądrym przesłaniem. Zastrzeżenia mam do detali, konstrukcji fabularnej i – wbrew ciekawemu początkowi – braku oryginalności. Tym niemniej polecam seans, na pewno nie pożałujecie chwil spędzonych z Jesperem w Smeerensburgu.

Klaus
7/10

Linki

Filmweb, IMDb

Comments

comments